Autor: Ilona Synowiec 2016-01-26

Mieszkanie pod młotek

Gdybym mogła cofnąć czas kupiłabym mniejsze mieszkanie, płaciłabym czynsz, regulowałabym rachunki i nie wzięłabym kredytu – mówi pani Katarzyna, która dziś mieszka w lokalu socjalnym. Jej mieszkanie poszło pod młotek

Mieszkanie pod młotek


Gdybym mogła cofnąć czas kupiłabym mniejsze mieszkanie, płaciłabym czynsz, regulowałabym rachunki i nie wzięłabym kredytu – mówi pani Katarzyna, która dziś mieszka w lokalu socjalnym. Jej mieszkanie poszło pod młotek

Pani Katarzyna, dziś mieszkanka lokalu socjalnego w Warszawie, jeszcze trzy lata temu cieszyła się z pięknego trzypokojowego mieszkania w podwarszawskiej miejscowości. Zgodziła się anonimowo opowiedzieć swoją historię i przestrzec innych przed błędami, które popełniła.

- Do śmierci rodziców, czyli do 30 roku życia mieszkałam z mamą i moją 5-letnią wówczas córką w starym domu, ale na atrakcyjnie położonej działce. Kiedy mama zmarła sprzedałam nieruchomość, bo nie miałabym jej z czego wyremontować, a nie chciałam dalej mieszkać z małym dzieckiem w domu - ruinie. Pieniądze pozwoliły mi na zakup blisko 60-metrowego mieszkania w bloku z lat 70-tych w miejscowości pod Warszawą. Po kupnie popełniłam pierwszy błąd. Pozostałe pieniądze – prawie 40 tys. zł – włożyłam w remont. Zachłysnęłam się tym, że zamieszkamy z córką w ładnym mieszkaniu. Chciałam zrobić sobie bajkowy dom, choć ten, który kupiłam wystarczyło odświeżyć i wstawić własne meble. Zamówiłam ekipę i zleciłam im gruntowne prace np. skuli beżowe płytki w łazience, które były w bardzo dobrym stanie, aby położyć modne biało – szare.

Po remoncie wyczyściłam się z gotówki, pozostało życie na skromnej pensji, od czasu do czasu wpadały alimenty. Niestety ojciec mojej córki nie płacił regularnie swoich zobowiązań. Tymczasem życie w bloku okazało się bardzo kosztowne. Najbardziej uciążliwy okazał się czynsz za mieszkanie w kwocie blisko 450 zł. Nieprzyzwyczajona do płacenia co miesiąc tak dużych pieniędzy, na początku płaciłam go co dwa – trzy miesiące, a potem wcale. Miałam wybór albo zapłacić czynsz albo przeżyć cały miesiąc, mieć na jedzenie, ubrania, benzynę do samochodu. Tu popełniłam drugi błąd. Zamiast zacisnąć pasa i płacić czynsz, chciałam żyć ponad stan. Chodziłam do kosmetyczki, zapraszałam znajomych na wieczorne imprezy, kupowałam sobie i córce modne ubrania. Chciałam żyć na wysokim poziomie. Bawiło mnie, że sąsiedzi zastanawiali się: skąd na to wszystko mam? Jedna sąsiadka-emerytka powiedziała mi nawet, że ona już dwadzieścia lat nie pomalowała mieszkania, a ja ledwie się wprowadziłam zrobiłam z mieszkania pałac. Żyłam w kłamstwie, nie miałam pieniędzy, tylko udawałam, że mnie stać. Potem potoczyło się szybko. Popsuł mi się samochód, pękł pasek rozrządu i zniszczył silnik, naprawa miała kosztować kilka tysięcy złotych. Oczywiście, zamiast zacząć chodzić do pracy pieszo albo rowerem i dojeżdżać te 5 km, postanowiłam wziąć kredyt. Pomyślałam, że wezmę od razu trochę większą pożyczkę, tak na życie. Czy spłaciłam choć jedną ratę czynszu z tych pieniędzy? Skąd, przehulałam.

Po ponad dwóch latach miałam coraz większe długi. W spółdzielni – czekał do opłaty czynsz na kwotę ponad 10 tys. zł plus kilka tysięcy za wyrównanie za wodę, a w banku – 20 tys. zł kredytu. Coraz częściej odzywali się wierzyciele, którym zalegałam z opłatami telefonicznymi, za Internet, telewizję kablową. Spółdzielnia miała mnie dość, bank dzwonił, przychodziły pisma. Chyba wtedy po raz pierwszy dotarło do mnie, że jestem pod ścianą, że nie mam rodziców, którzy mnie wesprą, a zaryzykowałam utratę domu, żeby pożyć prawie trzy lata na wysokim poziomie. Skończyło się sprawą sądową i komornikiem. Mieszkanie poszło pod młotek, mi i córce przyznano mieszkanie socjalne, bo inaczej nie miałabym gdzie pójść.

Przed wyprowadzką, chyba z tej całej wściekłości, zniszczyłam całe mieszkanie. Co mogłam zabrałam, resztę wyrzuciłam na śmieci, stłukłam nawet najmodniejsze płytki łazienkowe, z których byłam taka dumna. Wykręciłam kontakty, bo nie łudziłam się, że w socjalnym mieszkaniu będą ładne. Zaczynam, nowe, trudniejsze życie.

Co zrobiłabym gdybym mogła cofnąć czas? Kupiłabym mniejsze mieszkanie – dwupokojowe wystarczyłoby w zupełności na mnie i córkę, a byłoby tańsze w utrzymaniu. Pozostałe kilkadziesiąt tysięcy ze sprzedaży wpłaciłabym na konto oszczędnościowe. Płaciłabym regularnie czynsz, a zamiast kosmetyczki zapłaciłabym rachunek. Samochód pewnie bym naprawiła, ale z oszczędności, a nie z kredytu. Najgorsza jest świadomość, że mogłam to wszystko zrobić właśnie tak i wciąż mieć z córką dach nad głową.

Jedyny plus, to że pojawił się ojciec mojej córki i nas wspiera finansowo. On też myślał, że doskonale sobie radzę finansowo i nabrał się na spektakl, w którym grałam.

Czy można uniknąć zajęcia mieszkania przez komornika?

Historia pani Katarzyny wyraźnie pokazuje, że byłoby to możliwe tylko w momencie, w którym dłużniczka zaczęłaby płacić swoje zobowiązania, porozmawiałaby z wierzycielami i ustaliła z nimi harmonogram spłaty, a przede wszystkim w porę zacisnęła pasa i nie brnęła w kolejne zadłużenia.

Kiedy dłużnik nie może liczyć na wsparcie rodziny przy spłacie zobowiązań, a jego jedynym majątkiem jest nieruchomość, mieszkanie pójdzie pod młotek. Warto w porę przeanalizować swoje zarządzanie finansami, aby nie popaść w tarapaty.



ZOBACZ TAKŻE

KATEGORIA: Jak spłacić dług
TAGI: pod młotek

N
E
W
S
L
E
T
T
E
R